Cała sieć to malware, czyli awaria Google i co z niej wynika

Nie wiem jak wy, ale ja poczułem wbrew sobie lekkie ukłucie paniki, gdy wczoraj pomiędzy 15:30 a 16:20 Google oszalało i oznaczyło całą sieć jako niebezpieczną, a linki w wynikach wyszukiwania zaczęły prowadzić do strony z ostrzeżeniem. Nie jest do końca jasne, czy winny jest pracownik Google ręcznie poprawiający listę niebezpiecznych witryn, czy stopbadware.org z którego Google automatycznie importuje te informacje, ale też nie to jest najważniejsze. Stopbadware.org wyraźnie stwierdziło, że współpracuje z Google, ale lista witryn nie jest automatycznie importowana, jak podawały niektóre źródła i sugerowała Marissa Mayer na oficjalnym blogu Google.
Problemem jest właśnie to ukłucie paniki, gdy niezawodne jak dotąd Google przestaje być drogowskazem w milionach stron sieci. Widząc ta awarię i wyobraziłem dzień bez mojego podstawowego narzędzia pracy i nie była to wesoła wizja mimo istnienia Yahoo i MSN. Jak miliony użytkowników sieci jestem od Google uzależniony i choć nie należę do paranoików umieszczających tą firmę w jednym rzędzie z masonerią, UFO oraz innymi wszystkomogącymi spiskowcami to zdecydowanie mi się to nie podoba.
Nie dlatego, że Google jest złe, ale dlatego że jest wrażliwe jak każda inna usługa w sieci i jeden źle zinterpretowany slash “/” ograniczył jej funkcjonalność o połowę. Wierzę, że nie ma w necie serwerów i serwisów, które są odporne na atak i ludzką pomyłkę, ale od niewielu jesteśmy tak bardzo zależni.
Gmail, Google Docs, Google(wyszukiwarka), Google Calendar to są już narzędzia pracy, a ich integracja i ilość przewchowywanych w nich informacji czyni niemal niezastąpionymi, jeśli już zaczęlismy ich używać. Właśnie połączenie wartości tego co trzymam na serwerach w Google i fakt, że zakorzeniony w podświadomości mit niezniszczalnego Googla właśnie upadł, jest taki niepokojący.